Mroźny, zimowy poranek. Stoisz na przystanku i czekasz na autobus, który spóźnia się już dobre kilka minut. Ludzi na przystanku przybywa i zaczynają się już niecierpliwić. Zerkają co chwila na zegarek i psioczą coś pod nosem. Tobie zdążyły już zamarznąć gile w nosie, ale zauważyłeś, że im mniej ruchów wykonujesz to jest Ci cieplej. Dlatego stoisz jak pingwin na topniejącym lodowcu i starasz się nawet nie mrugać powiekami. W końcu przyjeżdża. Cała ekipa z przystanku ładuje się do środka. Ruszamy. Nikt się nie odzywa. Wszyscy gapią się przed siebie unikając wzroku innych podróżnych. Ogólnie panuje smutek i przygnębienie. U niektórych miesza się to jeszcze żalem – nie wiadomo o co i do kogo. Myśli odpływają gdzieś w kierunku weekendu. Nagłe szarpnięcie i ten autobus pełen apatii zaczął zwalniać, żeby zabrać kolejnych skazańców z przystanku. Drzwi się otwierają i do środka wchodzi menel o wyglądzie „Włóczykija” z Doliny Muminków i aparycji zbliżonej do boksera wagi ciężkiej tuż po ...